"JAK PACHNIE PINIĄDZ" (blog pielęgniarki ze Starogardu). Włoska kuchnia
niedziela, 13 sierpień 2017


Zima 2015

Dzięki przeniesieniu się do Oxfordu poznałam wielu nowych ludzi. Firma rekrutacyjna zadbała nie tylko o zapewnienie pracy i wprowadzenie do niej, ale również o stronę integracyjną. W tym samym czasie przyjechało kilka pielęgniarek i pielęgniarzy z Włoch, Hiszpanii i Portugalii.
 
Już na początku dostaliśmy od pośrednika zaproszenie na spotkanie w starym angielskim pubie, gdzie mieliśmy okazję do zapoznania się. Podczas, gdy Hiszpanki trzymały się i rozmawiały w swoim gronie, przeplatając język angielski z hiszpańskim, udawało mi się utrzymywać dobrą konwersację z Włochami. Wśród tej mieszanki razem z Sabiną, drugą Polką, wyróżniałyśmy się bladą cerą i słowiańską urodą.
- Uwielbiam Włochy! – Sabina rozpływała się nad urokami słonecznej Italii. Była tam kilkukrotnie, kiedyś miała chłopaka Włocha. Po chłopaku zostały teraz jedynie wspomnienia, ale i pozostał sentyment do jego kraju. Pochwaliłyśmy się znajomością kilku włoskich miejsc na mapie, kilku potraw. Nawiązana została nić porozumienia. Po chwili już dostałyśmy zaproszenie od jednego z Włochów na egzotyczne danie „pasta e piselli”, na które przystałyśmy z ochotą.




- Hmm... Z tego menu nie ma co wybrać... O mam! Poproszę lasagne. – Puszysta Włoszka o sympatycznej, pucołowatej twarzy postawiła na kuchnię swojego ojczystego kraju. Chwilę później zawtórowali jej rodzimi towarzysze, domagając się innych włoskich przysmaków w angielskim pubie. Kelner patrzył na zamówienie z wyraźnym niezadowoleniem.
- Ten pub słynie z pysznych burgerów domowej roboty...  – zaczął, ale Włoszka weszła mu w słowo.
- A na deser Tiramisu i Macchiato. Poproszę.  
Macie schabowego z ziemniaczkami z wody i surówką z kiszonej kapusty? – Wyobraziłam sobie siebie pytającą o nasze słynne danie. W sumie szkoda, że nie serwują tego w angielskich pubach. Dlaczego są dania kuchni włoskiej, jeżeli to podobno Polacy są największą mniejszością narodową w Anglii? Ale co ja widzę? Również odnalazłam tutaj jakiś ojczysty akcent.
- Poproszę cheeseburgera z frytkami i groszkiem. I piwo. Tyskie.




***

Od dnia zapoznania się z Włochami w angielskim pubie wychodziliśmy od czasu do czasu w większej grupie na jakieś spotkania czy imprezę. Zaraziliśmy się ich pozytywnym usposobieniem. Nawet angielski z włoskim akcentem brzmiał jakoś weselej. Lekkoduchy. Trochę marudzili na kryzys w swoim kraju, ale dzięki niemu dostali motywującego kopa, by spróbować sił gdzie indziej. O czym marzą Włosi w wieku 20-30 lat? Nie o swoim domu, nie o założeniu rodziny. Oni chcą używać życia, podróżować. Podczas, gdy ja i większość moich polskich koleżanek każdy oszczędzony grosz chowałyśmy do skarpetek z tytułami „na mój własny dom”, „na wesele”, „na spłatę kredytu”, oni tego grosza nie oszczędzali bądź wydawali na bieżąco na wycieczki. Mogli narzekać na to, jak biednie im się żyło w ich kraju, jaki wielki kryzys ich dopadł. A jednocześnie, jeżeli tylko coś im się nie podobało, bez mrugnięcia okiem wracali do siebie. Oni byli nauczeni asertywności od dziecka, w sytuacjach konfliktowych w pracy szybko okazywali swój śródziemnomorski temperament.

My, Polki, siedząc razem z głośnymi Włochami na imprezie przedświątecznej w uroczej włoskiej restauracji „La Cuccina”  w samych centrum Oxfordu, patrzyłyśmy w szoku, ile oni potrafią zjeść. Przystawka, zupka, danie główne, zestaw deserów, kawa. Wszystko to jedno po drugim znikało w ich włoskich, roześmianych paszczach. Podczas, gdy my, Polki, zjadłyśmy danie główne i trochę z zażenowaniem, że im nie dorównujemy w ilości jedzenia, grzecznie podziękowałyśmy za wspólny posiłek.
Kelner przyniósł rachunek. 540 funtów. No to teraz według tradycji włoskiej dzielimy rachunek na liczbę gości. Mi i pozostałym Polkom opadły szczęki. Popatrzyłyśmy po sobie w szoku. Że co?! Każda z nas zjadła za niecałe 20 funtów, a oni nam każą płacić po 40!
- U nas w Polsce jest tradycja, że każdy sam płaci za to, co zjadł – rzuciła w eter najodważniejsza, wywołując konsternację wśród reszty włoskiego towarzystwa.
- No tak, oczywiście, jakoś to musimy rozwiązać. – Każdy zaczął wykreślać swoje zamówienia z metrowego rachunku.   
Rozstaliśmy się, tworząc dwa obozy, wyraźnie obrażony o zamieszanie przy rachunku – włoski, i zaraz za nimi w milczeniu szedł obóz polski, po cichu śmiejący się do siebie, że kuchnia włoska wyszła nam bokiem.
Paulina Majewska

PRZEJDŹ DO BLOGA "JAK PACHNIE PINIĄDZ"